poniedziałek, 16 stycznia 2017

SMOG survival kit - krótka lekcja przetrwania na zimę!

Ostatnio w mediach często mogliśmy poczytać o tym jak bardzo poważnym problemem jest smog w zimie. Na terenie UE sytuacja jest najbardziej poważna w Polsce i w Bułgarii. Co roku w Polsce przedwcześnie umiera ponad 40.000 osób z powodu zanieczyszczonego powietrza. Na dodatek wiele osób niepotrzebnie choruje. To wszystko są koszty; utrata zdrowia, straty dla NFZ, gospodarki i osób indywidualnych, cierpienie fizyczne i emocjonalne. Trzeba się obronić!

Głównym celem tego artykułu jest pokazywanie prostych sposobów na zmniejszenie emisji smogu oraz na (samo)obronę przeciwko smogowi. Chciałabym także zwracać Waszą uwagę na pewne pułapki w tym zagadnieniu. Nie będę pisała o sprawach technicznych i naukowych, ani o tych politycznych. Tam gdzie sytuacja tego wymaga będę krótko wyjaśniać. Pod koniec artykułu podaję linki do stron instytucji i organizacji zajmujących się sprawami związanymi z zanieczyszczeniem powietrza - właśnie dla tych, którzy chcieliby wgłębić się w to zagadnienie.
 
1. W pierwszej kolejności sami powinniśmy dbać o to, żebyśmy w piecach przydomowych nie spalili ani śmieci ani opału złej jakości. Niestety obecnie wdychamy toksyny na potęgę. W Polsce 85% wysoko rakotwórczego benzopyrenu pochodzi z pieców przydomowych w miastach i na wsi (KOBIZE).

2. W przypadku podejrzenia spalania śmieci w sąsiedztwie należy natychmiast zareagować i zawiadomić straż miejską. Straż z reguły najpierw poucza, a dopiero przy kolejnej okazji wypisuje mandat. Z doświadczeń straży miejskiej w Warszawie wynika, iż ludzie często nie zdają sobie sprawy tego, co robią sobie i innym.  
 
3. Jak mamy zinterpretować sygnały ostrzegawcze? UWAGA. Tu mamy do czynienia z pułapką. Co to jest alarm smogowy, a czy dni bez alarmu są bezpieczne? Trzeba mieć świadomość, iż w Polsce próg, przy którym ogłasza się stan alarmowy jest trzykrotnie (!) wyższy niż w większości krajów UE. Podaję przykład dla kurzu MP10 zawierającego ten wysoko rakotwórczy benzopyren. W Polsce przy stężeniu MP10 od 141 do 200 μg/m3 stan powietrza jest uznany za zły, przy stężeniu > 200 μg/m3 za bardzo zły (poziom informowania), a dopiero przy stężeniu > 300 μg/m3 ogłaszany jest stan alarmowy. W większości krajów UE stan alarmowy jest ogłaszany już przy stężeniu przekraczającym 100 μg/m3. Ciekawostka; W Polsce stężenie od 100-140 μg/m3 zwany jest "stan dostateczny". Właściwie trzeba już uważać przy stężeniu > 50 μg/m3 (w Polsce zwano "stan umiarkowany"). Dlatego dni bez alarmu smogowego w wielu przypadkach nie są bezpieczne. Trzeba być czujny cały czas i sprawdzić dane.

4. Gdzie można sprawdzić dane? Na stronie GIOS sprawdź jakość powietrza można sprawdzić jak sytuacja wygląda w Twoim regionie. Tu jednak trzeba bardzo uważać - kolejna pułapka. Punkty pomiarowe znajdują się od kilku do kilkudziesięciu kilometrów od siebie. Dla nas w Brwinowie najbliższe punkty znajdują się w Piastowie i w Żyrardowie. Stan dobry w najbliższym punkcie pomiarowym niekoniecznie znaczy, że u nas w Owczarni/Żółwinie czy w centrum Brwinowa jest tak samo. Warunki mogą być zupełnie inne, wobec tego sytuacja może być nawet gorsza. Każdy zna swoje okolice i raczej wie czy w pobliżu "trują" i gdzie. Trzeba brać na to korektę.

5. Można rozważać noszenie maski antysmogowej (nie tej chirurgicznej). Są na rynku maski wielorazowe i jednorazowe. Nie będę tutaj propagować konkretnych marków i typów. Dobrze, żeby miały filtr HEPA i aktywny węgiel.

6. Zanim wybieramy się na spacer, na bieg lub na inne aktywności rekreacyjne na powietrzu sprawdzamy:
- stan powietrza na stronie GIOS.
- kierunek i siłę wiatru na aplikacji lub na stronie internetowej z prognozą pogody. Dobrze byłoby mieć też kompas, aby móc dokładniej sprawdzać gdzie jest, na przykład, ten wschód - południowy wschód. Jeżeli ktoś nie jest przyzwyczajony do skorzystania z kompasu - uważaj, nie myl kierunku o 180 stopni. Tam dokąd pokazuje strzałka, stamtąd wieje wiatr (więc wiatr wieje z kierunku przeciwnego do kierunku strzałki 😉). To kwestia rutyny. (Kompas nadaje się też do namierzania nieznanych jeszcze trucicieli lub namierzania po ciemku).
- Jaka jest siła wiatru. Im słabszy wiatr, tym większa jest szansa na powietrze gorszej jakości. 
- Przeanalizujemy jak to wszystko się ma do lokalizacji trujących kominów w naszym sąsiedztwie i wybieramy trasę.

7. Generalnie najlepszy czas na wyjście to między 11.00 a 14.00. Jest to pora w której najmniej się pali w piecach przydomowych. Najgorsze są poranne rozpalanie, rozpalanie po południowe i dokładanie na noc.

8. Przy wietrzeniu mieszkania stosujemy w miarę możliwości podobne procedury jak pod punktami 6 i 7. W poważnych i wątpliwych sytuacjach lepiej chwilowo nie wietrzyć (piszę to niechętnie). Można rozważać zakup oczyszczacza powierza.

9. Pogoda - kolejna pułapka. Pozory mogą mylić. Świeci słońce, jest tęgi mróz, ale nie wieje, więc jest idealna pogoda na spacer. Na pewno? Tak, gdyby tylko nie było tych trujących kominów. W takich warunkach pogodowych często powstaje inwersja, przy której dym z niskiej emisji nie może się unosić. Na dodatek brak wiatru powoduje zastój powietrza. Trzeba bardzo dobrze się zastanawiać gdzie pospacerować, czy może nawet nie zrezygnować. Często warunki na spacer są bardzo dobre wtedy, kiedy pogoda nie wygląda zbyt zachęcająco (wiatr, szarość). Trzeba właśnie wtedy korzystać ze świeżego powietrza. Trzeba zmienić swój negatywny stosunek do brzydkiej pogody - po prostu. Za chmurami  słońce normalnie świeci. Trzeba to mieć na uwadze. To zdecydowanie ułatwia wyjście.

Jakby nie było, sytuacja w Polsce jest niestety taka, że zimą nie można bez troski wyjść na powietrze.  Trzeba być czujny i uważny, aby wyjście rzeczywiście było przyjemnością. Czy mój survival kit wydaje Wam się trochę śmieszny i przesadzony? Cóż, mnie osobiście odpowiada. Uwielbiam być na powietrzu i regularnie też biegam. Mam różne trasy na różne okoliczności. Nie czerpałabym z tego tyle przyjemności, gdybym nie stosowała tych procedur. Czasami muszę też rezygnować ale nadrabiam to wtedy, kiedy deszcz mnie bije w twarz. To jest piękne ... 

Do dalszego przeglądania:
KOBIZE - zarządzanie emisjami
HEAL - zdrowie i zanieczyszczenie środowiska
CLIENT EARTH POLSKA - prawnicy dla ziemi
Polski alarm smogowy - poziomy informowania

środa, 15 czerwca 2016

Publiczny czy prywatny system ubezpieczenia zdrowotnego

Przeczytałam ciekawy artykuł " Prywatny system ubezpieczenia zdrowotnego w Holandii " na temat zalet prywatnego systemu ubezpieczenia zdrowotnego nad publicznym systemem (typu ZUS). Jakie są zalety systemu prywatnego nad systemem publicznym? Jest w nim też miejsce dla medycyny alternatywnej, o tym nie wspominano w w/w artykule?

W każdym kraju służba zdrowia jest piętnem Achillesa społeczeństwa. Zawsze narzeka się na służbę zdrowia, zdrowie i godne leczenie bowiem są sprawą ważną i delikatną. Z nimi wiąże się także wiele emocji.
W Holandii od 10 lat wszyscy obywatele spłacają prywatnym firmom ubezpieczeniowym i, jak się okazuje, bardzo dobrze to funkcjonuje. Wcześniej funkcjonował system mieszany w różnych wariantach.  Co ileś lat zmieniono wariant.
Fundamentem prywatnego systemu ubezpieczenia jest gwarancja opieki podstawowej. Ponad to: Pakiety ubezpieczeniowe są urozmaicone, wybór jest duży, jest też kontrola cen przez konkurencję. W ten sposób każda strona od konsumenta przez firmę ubezpieczeniową i inne firmy po szpitalu i lekarzu odpowiada za efektywność i jakość funkcjonowania służby zdrowia. Każdy wie na co pieniądze są wydane. W razie wątpliwości są reklamacje, rozliczenia i weryfikacje - na każdej płaszczyźnie. Innymi słowami i w moim rozumieniu "jest odpowiedzialność zbiorowa za sprawne funkcjonowanie służby zdrowia". 

Z punktu widzenia emocji związanych z zabiegami też jest lepiej. Ogranicza się hospitalizacja. Wiele zabiegów można wykonać ambulatoryjnie i bez narkozy. Jest to nie tylko znacznie taniej, ale też znacznie mniej obciążające dla pacjentów. Można wracać do własnego domu i tam odpowiednio odpocząć. Na dodatek, im mniej toksyn z narkozy tym lepiej dla organizmu. Już od 20 lat obserwuje w tym zakresie ogromną różnicę między Polską a Holandią. 
Jest jeszcze element 'komfort wyboru'. Usługi podstawowe są gwarantowane. Do tego można rozszerzyć swój pakiet z zależności od potrzeb, życzeń, ale też możliwości budżetowych. Nie oszukujmy się, zarobki są zróżnicowane i nie każdemu stać na rozszerzenie pakietu. Ale i tak - moim zdaniem - jest to lepiej niż sytuacja, gdzie jest szwankująca opieka publiczna, obok której kwitnie sektor prywatny z niekontrolowanymi cenami. 
Wracając do wyboru, istnieje możliwość rozszerzenia swojego pakietu o usługach z medycyny alternatywnej - sprawdzałam to. Więc dla osoby konsekwentnie korzystającej również z konsultacji lub zabiegów z medycyny alternatywnej, taki wariant jest wart rozważania. Warunkiem pokrycia kosztów jest, że wykonawca danych usług jest zarejestrowany oraz, że jest skierowanie od lekarza. W ten sposób prywatny system ubezpieczeniowy na dodatek korzystnie wpływa na integrację medycyny konwencjonalnej z medycyną alternatywną, do tego zmierza także WHO.

Same zalety? Prawie, ale rzecz wiadoma, że tam gdzie chodzi o pieniądze jest też o nich kłótnia. Tego w zadym kraju się nie unika :-)



 


piątek, 15 kwietnia 2016

Uwaga na kleszcze!



W tym roku przewiduje się bardzo dużo kleszczy, co jest skutkiem łagodnej zimy. Wobec tego niestety może też znacznie wzrastać liczba osób zakażonych chorobami przeniesionymi przez kleszcze, w tym boreliozą.
W tym świetle chciałabym podzielić się z Wami historią jednej z moich klientek, która dzięki refleksoterapii odkryła, że dotknęła ją borelioza. Klientka zgodziła się na opublikowanie jej historii, abyśmy już na początku sezonu letniego stali się czujni i świadomi ryzyka i objawów.
Klientka przyszła do mnie na refleksoterapię pod koniec ubiegłego roku. Kobieta koło pięćdziesiątki, okaz zdrowia, co też potwierdzały wyniki szeregu aktualnych badań, które musiała przejść ze względu na charakter swojego zawodu. Mimo to skarżyła się na niedobór energii od kilku miesięcy. Dokuczały jej też częste ataki migreny, ale to już od kilkudziesięciu lat.
Ogólnie rzecz biorąc niedobór energii lub jej brak może mieć wiele przyczyn. Z wywiadu z klientką dosyć jasno wynikało jaka mogła być przyczyna jej niedoboru energii. Jednak – jak się później okazało – pomyliłyśmy się.
Po około pięciu zabiegach można było stwierdzić, że ataków migreny było znacznie mniej. Jednak energii wciąż było mało. Co więcej, w pewnym momencie sytuacja gwałtownie się pogarszała. Klientka czuła się bardzo słaba i bolały jej najpierw kręgosłup, następnie też stawy. To już nie miało nic wspólnego z ewentualnymi objawami detoksykacyjnymi, które mogą być krótkotrwałym efektem refleksoterapii. To byłoby za silne jak na zdrową osobę. Za długo też ten stan trwał, a nawet konsekwentnie się pogarszał. Pomyślałam „może jakiś wirus, a może robaki, drobnoustroje?” Klientka swoją drogą zaczęła szukać możliwych przyczyn. Przypomniało jej się, że w sierpniu ub.r. miała do czynienia z kleszczem i, że wobec tego ona może mieć boreliozę. Jej teza potwierdziła się po wykonaniu właściwych badań. Teraz klientka jest w trakcie leczenia farmakologicznego i jest na dobrej drodze. Gdyby klientka nie trafiła akurat na refleksoterapię, która pobudziła jej organizm do walki z ewentualnymi chorobami, w tym przypadku - jak się okazało - z boreliozą, jej stan z niedoborem energii mógł jeszcze długo się toczyć, podczas gdy toksyny wydzielane przez bakterie mogły po cichu sporządzić bardzo wiele szkód.  
W tym przypadku w procesie leczenia nie powinno się opierać tylko o metody naturalne ze względu na duże ryzyko poważnych powikłań (m.in. ciężkie stany reumatoidalne, paraliż, zapalenie opon mózgowych, poważna dysfunkcja nerek, wątroby, śledziony), w odpowiednim czasie po kuracji natomiast można oczyścić i wzmocnić swój organizm jak najbardziej metodami naturalnymi.

Wobec powyższego radzę:
- Należy sobie zdawać sprawę, że kleszcze mogą przenosić jeszcze inne choroby niż tylko boreliozę lub mogą wywołać poważne reakcje alergiczne!
- Trzeba dokładnie oglądać głowę i ciało po każdym pobycie na łonie natury lub na innych terenach zielonych (w parkach miejskich, pasach zieleni, własnym ogrodzie).
- Warto wiedzieć, że kleszcze nie wypadają z drzew, lecz głównie znajdują się na niewielkich wysokościach w zaroślach, paprociach, trawie, lub przy ziemi.
- Kleszcze szczególnie dobrze tkwią w lekko wilgotnych obszarach w ogrodzie, parku lub w lesie.
- Chronić można się ubierając się w skarpetkach i spodniach o długich nogawkach. Na dłuższych wyprawach długie rękawy (zwłaszcza u dzieci) są polecane. Odpowiedni ubiór jednak nie zwalnia od dokładnego oglądania głowy i ciała po powrocie z wyprawy.
- Zwolennicy szczepień mogą się szczepić. To sprawa indywidualna. Uwaga! Szczepionka chroni jedynie p/odkleszczowemu zapaleniu mózgu w wyniku boreliozy. Nie chroni p/innym powikłaniom boreliozy, ani p/innym chorobom przeniesionym przez kleszcze.
- W przypadku obecności kleszcza na skórze trzeba go umiejętnie usunąć. Patrz
Uwaga! Wystąpienie rumienia jest praktycznie równoznaczne z zakażeniem, należy jak najszybciej podać właściwy antybiotyk !
- Czy masz czerwoną obręcz na skórze (w środku biały), który robi się coraz większy? To najprawdopodobniej jest już konkretna infekcja boreliozą. Wizyta u lekarza jest konieczna!
-  Czy masz gdzieś bardzo małą rankę wielkości punkcika, która bardzo swędzi? To może być ukąszenie po kleszczu, który już napił się krwią i odpadł. Trzeba skonsultować się z lekarzem. To może być inna infekcja spowodowana przez kleszcza.
- Kiedy zaczynasz odczuwać brak energii, który się utrzymuje przez 1-2 tygodnie, a nie masz pojęcia, co Cię mogło tak wyczerpać, zastanów się, czy mógł/mogłaś mieć do czynienia z kleszczem i kiedy. 
- Są różne badania na wykrycie obecności boreliozy.  Są to test Elisa, Wesern-Blot, KKI i inne . Niestety istnieje między tymi metodami duża różnica w wykrywalności. U mojej klientki wynik testu Elisa był ujemny, natomiast wynik testu KKI wykazał aktywną boreliozę. Różnica w cenie też jest znaczna. Trzeba dokładnie dowiedzieć się u lekarza o efektywności tych metod. Należy przy tym pamiętać, że rozpoznanie nie zawsze jest proste, a leczenie boreliozy jest prowadzone przez niewielu lekarzy w Polsce.
.
Nie panikujmy, ale bądźmy czujni. Przede wszystkim, cieszmy się pięknym latem na łonie natury J .

Moje podziękowania dla klientki i zdrowia zyczę :-).

Źródła:
www.poradnikzdrowie.pl
http://ziektevanlyme.weebly.com/medicijnen.html
Doświadczenia klientki (w sprawach samopoczucia i testów).
Doświadczenia osobiste i informacje turystyczne dostępne w parkach narodowych, które odwiedzałam.


wtorek, 20 października 2015

Antybiotyki - błogosławieństwo czy klątwa (I)?

Za miesiąc, w dniu 18.11.2015 r. obchodzimy Europejski Dzień Wiedzy o Antybiotykach

To wydarzenie będzie dopiero za miesiąc, ale piszę o tym teraz, ponieważ mamy już jesień i wszędzie na około ludzie zapadają na zaziębienie. A te w większości przypadków niewinne infekcje często są powodem - raczej niepotrzebnie - ku braniu antybiotyków. Z dużą łatwością pacjenci proszą o antybiotyki, a lekarze często z podobną łatwością je przepisują. Niby czemu nie? Przecież po kilku dniach pacjent jest w stanie wracać do pracy lub do szkoły. Nie traci dużo czasu na chorowanie. Więc zarówno on jak i, może nawet bardziej, pracodawca mogą być zadowoleni. Ale - niestety - nic nie jest bardziej omylne ...

Największym problemem, o którym mówi i pisze się najczęściej, jest wzrost rezystencji bakterii na antybiotyki. Strzelamy grubą armatą na muchę, a na niedźwiedź już nie będzie nam starczyło broni. Można to wszystko przeczytać i przeglądać pod wyżej podanym linkiem. W kwintesencji chodzi o to, że im częściej dany szczep bakterii ma do czynienia z antybiotykiem, tym większa jest szansa na to, że bakterie stają się odporne. Jeszcze gorzej jest wtedy, kiedy dajemy antybiotyk szerokiego spektrum, czyli prawie uniwersalny antybiotyk działający na infekcje różnego rodzaju. Jest to drogą najmniejszego oporu i nie traci się czasu na badanie wysiewu. Jednak drugą stroną tej medali jest fakt, że szeroki wachlarz szczepów ma okazję stać się odporny na lek. Istnieje też możliwość, że nie badając dokładnie przyczyną infekcji niepotrzebnie dajemy antybiotyk na wirusa, który z zasady nie reaguje na ten lek. Więc na wirusa nie działa, ale po drodze antybiotyk zajmuje się - znów raczej niepotrzebnie - innymi bakteriami. To wszystko dzieje się dlatego, że chcemy szybko wracać do zdrowia. Tylko efekt może być taki, że z czasem antybiotyk na nic już nie pomoże. Co wtedy? To jest poważny problem.

Innym aspektem jest efekt antybiotyków na nasz organizm, o tym również się słyszy i czyta, choć - moim zdaniem - połowicznie. Przy antybiotykach szybko wychodzi się z choroby, ale to jest tylko pozorne. Organizm po chorobie i na dodatek po antybiotykach jest bardzo osłabiony. Układ trawienny jest uszkodzony, chyba, że brało się osłonę na żołądek i jelita, która jednak w nadmiarze też może mieć swoje skutki uboczne. A co dopiero się dzieje z wątrobą, która po braniu antybiotyków w najlepszym wypadku jest "zmęczona". Ona potrzebuje dużo czasu i energii na rozkładanie toksyn pozostawionych po lekach. Kiedy przychodzi do mnie klient jakiś czas po antybiotykach często odczuwam to m.in. przy receptorze wątroby. To powinno dać do myślenia.

Osłabiony organizm nie ma sprawnego układu odpornościowego, wynikiem tego staje się łatwą ofiarą dla kolejnej infekcji. W rezultacie po krótkim czasie były pacjent znowu zapada na zaziębienie lub inną chorobę. Bierze kolejne antybiotyki, a otóż w ten sposób wpada w spiralę. Choruje się może krótko, ale za to często i, co nie wykluczone, też coraz dłużej. A organizm, zamiast zregenerować się i odbudować odporność, cały czas jest zajęty rozkładaniem toksyn. Czy to jest słusznym rozwiązaniem?

Nasz organizm jest silny i inteligentny. Sam potrafi walczyć z wieloma infekcjami. Więc dajmy mu  na to szansę. Trzeba odpocząć i sięgać w pierwszej kolejności po metody naturalne. Trzeba się zastanawiać też nad tym czy organizm nie złapał infekcje dlatego, że jest bardzo zmęczony po ciężkiej pracy, trudnym okresie itp.. Może organizm wręcz krzyczy o to, żebyśmy na chwilę się zatrzymali, wyłączyli się z życia codziennego, odpoczęli i dużo spali. Biorąc antybiotyki, aby szybko stanąć na nogi odmawiamy organizmowi niezbędnego odpoczynku. Innymi słowa, dalej go niszczymy.To wielka szkoda.

Nie jestem przeciwnikiem antybiotyków. One mogą wyleczyć poważne infekcje i nawet ratować życie. Jestem przeciwnikiem używania antybiotyków na byle co, począwsze od zaziębienia. One mogą przecież na dłuższą metę (może nawet nie aż taką długą) niszczyć gros populacji świata. Już w tej chwili groźna choroba jaką jest gruźlica ma odmiany odporne na wszelkie antybiotyki.

Jak tytuł już sugeruje, będzie więcej rozdziałów na ten temat. Będę pisała jeszcze o różnicach między krajami europejskimi. Chciałabym przy tym wytłumaczyć niektóre rozbieżności na podstawie różnic mentalnościowych i kulturowych.






środa, 22 lipca 2015

Co robią z nami media elektroniczne?

Na początku czerwca ogłosiłam na facebooku, iż przez miesiąc czasu nie będę korzystała z tego medium w związku z osobistym eksperymentem p.t. "Wpływ mediów elektronicznych na samopoczucie, w tym też na oczy". W poszukiwaniu odpowiedzi na pytanie "jaki jest bilans zysków i strat" stosowałam metodę "nie korzystanie z tych mediów (z bardzo małymi wyjątkami) przez miesiąc czasu, i niebędąca na urlopie". Doświadczenia i wnioski są oczywiście osobiste i subiektywne, ale mogą służyć innym jako przymiarka do robienia własnego bilansu. Wnioski mogą  być także w części już znane, ale myślę, że kolejne uzmysłowienie raczej nie zaszkodzi. Nota dla tych, którzy są na tej stronie po raz pierwszy: To nie jest blogiem ogłaszającym jedną i jedyną prawdę. Stawiam tylko znaki zapytania przy gorących tematach oraz przeanalizuję sprawy i nawyki z niejednej perspektywy. Teksty są poważne z nutą lekkości

Przez korzystanie z mediów elektronicznych należy tutaj rozumieć "korzystanie z emaila, facebooku, linked-in, prasy elektronicznej, przeglądarek i.t.p. za pośrednictwem komputera, tabletu lub smartphone". Są to media na co dzień potrzebne większości z nas, choćby do pracy. Mnie też są potrzebne. Działam społecznie, prowadzę jednoosobową działalność gospodarczą, utrzymuję kontakty z klientami i kontrahentami. Jednak mój zawód nie wymaga siedzenia przez wiele godzin za komputerem, co uważam za wielkie szczęście. Pytanie jest tylko, czy koniecznie muszę spędzać jeszcze czas za komputerem poza godzinami pracy? Jeżeli tak, na ile chcę sobie pozwalać, a tym samym jakie mogą być ewentualne skutki uboczne mojej decyzji?

Przez miesiąc czasu tylko raz na kilka dni sprawdzałam swoje prywatne i firmowe maile. To było zakładane z góry. Z facebooku miałam nie korzystać, ale korzystałam raz, aby umieścić ważny - w moim rozumieniu - komunikat. Z przeglądarek korzystałam okazyjnie w konkretnych celach, na przykład sprawdzanie rozkładu jazdy PKP i utrudnień na torach - co w naszym regionie jest bardzo istotne. Z innych funkcji korzystałam jeszcze prywatnie i gospodarczo w celu dokonania przelewów lub zamówienia produktów. Tylko tyle i aż tyle

Muszę przyznać, że w ciągu pierwszych dni eksperymentu miałam poczucie, że coś tracę. Podczas urlopów nigdy tego nie odczuwałam tak mocno jak teraz, niebędąca na urlopie. Ale co tak naprawdę straciłam? Te wszystkie filmiki, zdjęcia, przysłowia i porady z facebooku? Owszem, czasami one są fajne i ciekawe, ale jest ich tak dużo, że i tak za wszystkimi nie nadążam. Nie wiem jak Wy? Co się tak właściwie dzieje? Wiele postów kryje w sobie sęk, że oglądając je utrzymuje się sugestie na oglądanie kolejnych wątków, tak lub nie tego samego typu.  Podobnie dzieje się przy przeglądaniu prasy elektronicznej. Nie wchodząc we wszystkie pliki i nie grzebiąc głębiej można odczuwać niedosyt. Wiesz, że gdzieś mogą (więc nie muszą) być ciekawe informacje, ale nie zapoznałeś się jeszcze z ich treścią. Wisi to jeszcze przez jakiś czas w głowie, co daje pewien niepokój. Teraz ryzykowałabym nawet określenie "lekka frustracja". Można oczywiście też od razu we wszystko wchodzić, a następnie żałować, ponieważ to się okazało szkoda czasu (często źródła informacji są wątpliwe lub niejasno określane, przez to informacje nie są pełnowartościowe). Wtedy są dwie możliwości, albo zaprzestajesz, albo szukasz dalej w podobnych (być może lepszych) wątkach. I otóż w ten sposób można trafić w błędne koło. Podobne poczucie niepokoju może powstać w przypadku zaproszeń na polubienie stroń. Co zrobić wtedy, kiedy chciał(a)byś polubić? Lekką ręką klikać, ponieważ osobę, która przesłała Ci zaproszenie (pośrednio lub bezpośrednio), lubisz i ufasz, czy jednak lepiej najpierw sprawdzić kto i co za tym stoi - tylko czasu nie ma, żeby to zrobić z marszu. Również w ten sposób może powstać  gromada "wiszących w głowie zadań", o których często później i tak się zapomina, ponieważ one jednak nie są aż na tyle ważne.

Zawsze wydawało mi się, że bardzo umiarkowanie korzystam z portalów typu facebook, prasy elektronicznej i innych, ale teraz wiem, że tych wszystkich kliknięć, nawet na chwilę, w sumie jest dużo, przy tym można stracić dużo czasu. Nie zdawałam sobie sprawy też, że podświadomie powstaje poczucie lekkiej frustracji, obowiązkowości i.t.p. Owszem, pewne decyzje podejmuje się świadomie (to mnie naprawdę nie interesuje, tego nie chcę, a na to teraz nie mam czasu), ale teraz, patrząc z dystansu widzę, że wiele tego, czego się nie chce, lub tego, na co nie ma czasu, pozostawia ślady w mózgu. A pojęcie "obowiązkowość" nie przyszedłby mi do głowy, gdybym teraz nie odczuwała jej nieobecności. Doświadczałam więc w warunkach codzienności jak to jest nie mieć już tyle tych bodźców budzących ciekawości, ale niekoniecznie konstruktywnych i potrzebnych. Jest spokój i łatwiej jest trzymać się tego, czym powinnam się zajmować. Nie brakuje mi też tekstów związanych z polityką lub wyborami. Nie brakuje mi tej nienawiści (celowo używam tu poprawną polszczyznę zamiast nieco tuszującej angielszczyzny "hejt"), która trafi na moją ścianę. Oczywiście mogę tego nie czytać, ale nawet bez tego fragmenty docierają do mózgu. Obojętnie która ze stroń jest ich źródłem, przykro robi się za każdym razem. Po co komuś to zbędne napięcie? Czy nasze życie codzienne daje nam za mało stresu, bodźców i emocji?

Pozostaje jeszcze temat "maile"? Z tymi prywatnymi nie ma problemu. Raczej nie ma spraw wymagających natychmiastowego działania. W razie czego, zawsze jest jeszcze telefon. Więc nie trzeba codziennie wchodzić w pocztę. Spamu raczej też nie ma. Jest ogólnie spokój. Inaczej wygląda sytuacja w poczcie firmowej. Zawsze sprawdzałam ją codziennie ze względu na to, że być może jakiś potencjalny klient woli pisanie maila nad dzwonieniem. Jednak, żeby znaleźć tego potencjalnego klienta trzeba się przebrnąć przez kilkadziesiąt tytułów dziennie. Niestety filtry nie bardzo pomagają. Na dodatek tytuły mailów przychodzących są mało budujące. Sugerują, że ja z moją firmą mamy się fatalnie, ponieważ nie korzystamy z ich usług. Są nawet tacy, którzy sugerują wprost, że mam za dużo tłuszczu przy wątrobie, na to mogą mi pomoc - ku mojemu wielkiemu szczęściu mnie znaleźli. Gratuluję, to strzał w sedno! Od kiedy dotyczy to też osób z BMI komfortowo poniżej granicy bezpieczeństwa? Kolejni sugerują, że powinnam brać na firmę duży kredyt, może na jakieś 100.000 PLN, a może jeszcze więcej? W mojej branży i jako jednoosobowa działalność? Obłęd! Zainstalowałam już dawno temu filtr na odrzucanie tytułów i adresów zawierających hasła "bank", "kredyt", "pożyczka", oraz hasła nawiązujące do wszystkich możliwych narządów i części ludzkiego ciała. Bezskutecznie, ponieważ spryt PR- owski na wszystko zna swój sposób. Denerwująco. Tego zdecydowanie nie chcę już więcej na co dzień. Tym bardziej, że 98%  nowych klientów woli umawiać się telefonicznie. Czy można likwidować ten adres? Nie, ponieważ podanie owego adresu bywa czasami obowiązkowe. Jednak  rozważam tę sprawę poważnie.

Na końcu jeszcze kilka słów na temat oczu i głowy. Nie korzystając wieczorem zbyt wiele z komputera przez miesiąc czasu, stałam się świadoma, że wcześniej musiało być spore napięcie w oczach, na twarzy i w głowie, skoro teraz jest jakoś luźniej. Kładę się spać niczym z uśmiechem na twarzy. Robiło się zawsze wszystko, aby pozycja za komputerem była dobra, ale - jak się okazuje, o napięcie głowy, twarzy i oczu łatwo, nawet w krótkim czasie. Robię teraz też więcej ćwiczeń na oczy i twarz, którego efektem jest nieco ostrzejsze widzenie i poczucie większego komfortu w oczach. Czy to mało?

Co będzie dalej? Prowadzę pewne porządki i nowe zasady. Co do mailów sprawa jest jasna. Te prywatne będę sprawdzać 2 -3 razy w tygodniu. Te firmowe tylko raz w tygodniu, efektem tego ja z firmą mamy się dobrze. Ten jeden dzień w tygodniu, kiedy rzekomo mam wszystko w gruzach, jakoś przeżyję. Obecni klienci i kontrahenci dostaną w razie potrzeby prywatny adres mailowy. Prasę elektroniczną zastąpię prasą konwencjonalną. Fajnie się siedzi z gazetą lub czasopismem na tarasie, balkonie lub na kanapie. Przeglądarka będzie dalej używana, tylko z wielkim umiarem. Na wypełnienie oszczędzonego czasu (nawet gdyby go było niewiele) nie brakuje mi pomysłów. A facebook? Będę dalej na facebooku, ale nie będę nadrabiała tego "straconego" miesiąca. Miło mi będzie zobaczyć jak się macie (ode mnie też od czasu do czasu będą komunikaty i znaki życia). Mogę w różnych sprawach wspierać i pomoc, ale całego świata nie zmienię przez fb. Wolę działać konkretnie w "terenie". Będę więc oszczędna z polubieniem i braniem udziału. Blog też będę dalej prowadziła, ale nie będę Was męczyć częściej niż raz na miesiąc. A jeżeli statystyki będą wskazywały na to, że nikt się nim nie interesuje, to z pokorą go zamknę i usunę z eteru, aby zbędnych rzeczy było tam jak najmniej. Przecież czysty eter w połączeniu z ogniem entuzjazmu, z którym wykonuje się konkretne zadania, daje efekt wspaniały.

W następnym artykule powrócę do głównego wątku i będę pisała o gorącym temacie. 


czwartek, 21 maja 2015

Moje dążenie do harmonii; walka z wiatrakami?

 “Ząb bardziej zasługuje na pochwały niż diament” 
                         
                                 Miguel de Cervantes Saavedra
                                                           z Don Quixote



Przy otwarciu swojego bloga stwierdziłam, że medycyna alternatywna i konwencjonalna powinny ściślej ze sobą współpracować. Może to dotyczyć współpracy między lekarzami konwencjonalnymi a lekarzami alternatywnymi, jak również współpracy między lekarzami konwencjonalnymi a osobami  wykonującymi zabiegi alternatywne niebędącymi lekarzami. W tym artykule naświetlam temat z własnej perspektywy. Pokazuję na czym w mojej codziennej praktyce jako refleksolog i masażystka stosująca zabiegi alternatywne polegają moje starania o to, aby była współpraca z lekarzami konwencjonalnymi. 

Potrzeba opisywania swojego postępowania z lekarzami konwencjonalnymi rodziła się po moich obserwacjach, że w społeczeństwie istnieją nieporozumienia co do tego, co 'wykonawcy technik alternatywnych' mogą, a czego nie mogą. Lekarze konwencjonalni często zarzucają, że 'wykonawcy alternatywni' wchodzą w ich kompetencje, co zdecydowanie nie jest / nie powinno być prawdą. Podobnie wśród klientów można się spotykać z przekonaniem, że dzięki zabiegom alternatywnym lekarz staje się zbędny, w którym przekonaniu niestety kryje się niebezpieczeństwo. Wyjaśnię.

Jedna z głównych zasad medycyny alternatywnej jest przywrócenie naturalnej równowagi w organizmie. Na tej zasadzie - w ramach swoich kompetencji - pobudzam u klienta wewnętrzną siłę samoleczenia. Ta siła jest podstawą ludzkiego zdrowia. Jedak trzeba  sobie zdawać sprawę, co też tłumaczę klientom, że czasami sama siła natury może być niewystarczająca, tym bardziej, że żyjemy w ciągłym stresie w zanieczyszczonym środowisku oraz karmimy się małopożywnym pokarmem. W takich okolicznościach organizm może poważnie rozchorować się, przy tym pomoc medycyny konwencjonalnej może stać się niezbędna. Jakby nie było, wewnętrzną siłę samoleczenia należy pielęgnować zawsze. Innymi słowy, profilaktycznie należałoby ją stymulować, w przypadku choroby wspomagać, a po chorobie wzmacniać. Dlatego medycyna konwencjonalna nie powinna mieć nic przeciwko stosowaniu metod alternatywnych. Ja z kolei w swojej praktyce nie mam prawa omijać medycyny konwencjonalnej.

Z metod alternatywnych jak również z tych konwencjonalnych należy korzystać z rozsądkiem. W metody naturalne warto wierzyć. Warto z nich korzystać, ale trzeba znać też ich ograniczenia. Podobnie z medycyną konwencjonalną, można korzystać jak najbardziej, ale trzeba zachować umiar. Jak się okazuje - nierzadko środki konwencjonalne (farmakologiczne) są stosowane w nadmiarze. Mam tutaj na myśli na przykład przepisywanie antybiotyków "na wszelki wypadek", albo szczepienie maluchom sześciu (!) - składnikowymi koktajlami. Nie jestem przeciwko szczepieniu, ale mam poważne wątpliwości wobec szczepienia na prawie każdą możliwą chorobę i to jeszcze w jednym koktajlu. Moim zdaniem zarówno w przypadku antybiotyków jak i szczepień należałoby zachować ostrożność oraz bardziej ufać siłę natury i dać jej szansę na działanie.

W XXI wieku coraz więcej osób ma świadomość, że trzeba coś zmienić, słuchać swój organizm, wyciszyć się, inwestować w profilaktykę i podchodzić z pewną rezerwą do leków farmakologicznych. W tych okolicznościach moja rola polega nie tylko na wykonywaniu zabiegów, lecz również na poszukiwaniu odpowiednich i bezpiecznych proporcji między zabiegami alternatywnymi a terapiami konwencjonalnymi. Dlatego w swojej praktyce bardzo mi zależy na kontakcie z lekarzami, i to nie tylko wtedy, kiedy potrzebna mi jest jego zgoda. Powiem też klientom, żeby przy następnej wizycie u lekarza powiedzieli, że chodzą do mnie na zabiegi i z jakimi efektami. Proponuję także, żeby lekarz się ze mną skontaktował w razie wątpliwości. Czasami nawet kieruję pismo do lekarza prowadzącego. Z dotychczasowych doświadczeń wynika, że lekarze często wykazują obojętność, ponieważ nigdy wcześniej nie wgłębili się w to zagadnienie. Znam jednak też kilku lekarzy, którzy są zainteresowani, do których mogę zwracać się o konsultację, oczywiście za zgodą klienta.

Dobra komunikacja z lekarzem jest ważna w celu rozpowszechnienia wiedzy na temat działania sektora alternatywnego. Bardzo ważne jest też bezpieczeństwo klienta, zwłaszcza chorego, leczącego się równocześnie metodami konwencjonalnymi. Po upewnieniu się, ze nie ma przeciwwskazań należy odpowiednio współgrać zabiegi z terapiami konwencjonalnymi. W tym momencie moje zabiegi mają głównie charakter "wspomagający". Co to znaczy? Z reguły poprawia się samopoczucie fizyczne i psychiczne klienta, co często przyspiesza cały proces leczenia. Zdarza się także, że po serii zabiegów, albo nawet już w trakcie serii, chory biorący leki farmakologiczne potrzebuje ich w znacznie mniejszych ilościach. Dlatego regularna komunikacja z lekarzem jest koniecznością. We własnym zakresie nie można przecież nic zmienić! Zabiegi alternatywne mogą również być bardzo skuteczne w sytuacji, gdy choroba leczona metodą konwencjonalną stoi na miejscu, czyli nie pogarsza się, ani poprawia się. One mają dążyć do przywrócenia równowagi w organizmie, dzięki temu terapia konwencjonalna na reszcie może działać tak jak należy. W wielu przypadkach może następować jeszcze redukcja bólu, przez to klient ma albo większy komfort życia albo może brać mniej leków przeciwbólowych.Ważne w tym wszystkim jest uzmysłowienie klienta, że nie powinno się rezygnować z kontaktu z lekarzem.

Staram się, aby lekarze rozumieli to, co robię, abyśmy dla dobra klienta znaleźli wspólną płaszczyznę. Przecież nie da się ukrywać, że medycyna konwencjonalna z jednej strony ma wiele osiągnięć, z drugiej zaś zabrała (jako jedna z kilku czynników) człowieczeństwu dużą część jego naturalności. Wierzę, że można to poprawić, ale to wymaga dużo czasu i cierpliwości i ... bardzo dobrej komunikacji. Mam nadzieję, że inni 'wykonawcy alternatywni" też chcą w to włożyć trochę pracy. Zawsze warto próby. W tym czasie także przemysł farmaceutyczna może się powoli do tego przyzwyczaić. Czy to nie jest walką z wiatrakami? Być może, ale moim zdaniem krytyczne nastawienie, a przede wszystkim dobra komunikacja mogą więcej czynić niż radykalne (być może nawet niebezpieczne ) ruchy przeciw wszystkim, co jest związane z medycyną konwencjonalną.

Co by nie było, dbajmy w pierwszej kolejności o swoją wewnętrzną siłę leczniczą, za tym pójdzie cała reszta. Czyli, chwalmy ząb ponad diamentem ...

środa, 29 kwietnia 2015

W poszukiwaniu umiaru i harmonii

Szybko wyzdrowieć można tylko wtedy,
kiedy zna się umiar.
                                                Lao-Tse
                            (tłumaczenie własne)

Jako osoba wykonująca na co dzień i w pełnym przekonaniu tak zwane "alternatywne" zabiegi zdrowotne (refleksoterapię i różne rodzaje masażu) długo zastanawiałam się; czy warto założyć blog na temat zdrowia i alternatywnych metod leczenia, czy lepiej nie zawracać sobie głowy pisaniem (tym bardziej, że polski nie jest moim językiem ojczystym :-)). Nowy blog byłby kolejną samosiejką w tym olbrzymnym internetowym lesie informacji na temat alternatywnych metod zapobiegania i leczenia różnorakich chorób i dolegliwości. Tylko już na facebooku codziennie można znaleźć na tablicy kilka "alternatywnych" dobrych porad zdrowotnych. Co moja osoba mogłaby jeszcze dodać?

W końcu podjęłam pozytywną decyzję: "Założę blog w celu przywrócenia umiaru i budowania harmonii". Na tle tego wielkiego lasu informacyjnego jest to oczywiście tylko skromną próbą. Skąd mój cel się wziął? Publikacje i posty poświęcone medycynie alternatywnej zawierają bardzo wiele dobrego. Jak najbardziej należy krytycznym okiem patrzeć na medycynę konwencjonalną i zapoznać się z alternatywami. Ale - uwaga - z umiarem! Przez lata obserwuję, że zarówno treść publikacji (postów) jak i forma przekazu coraz częściej nabierają charakter poprawności społecznej. Nazywałabym to "modę". Osoba "Z" kopiuje współczesne teksty i wizje od "Y", a ta kopiowała od "X", która przekazywała, ale nie przeczytała informacje od "W", która, tak lub nie w krytycznym nastawieniu, kopiowała je od "V" itd. Nie oszukujmy się, możemy w ten sposób, na przykład na facebooku, kreować sobie sympatyczną i nowoczesną, społecznie poprawną sylwetkę, ale czy zawsze wszystko gruntownie przemyślimy zanim przekazujemy? Śmiem wątpić, ponieważ tego wszystkiego po prostu jest za dużo. To jest zrozumiałe, ale też niebezpieczne, tym bardziej, że jakość i waga podanych źródeł potrafi być wątpliwa lub niejasno określona. Niepokoi mnie też ton. W wielu publikacjach zbyt wyraźnie czuję nakłanianie czytelnika do tego, aby jak najszybciej zapomniał o osiągnięciach medycyny konwencjonalnej i wrócił do starych zwyczajów. Do pewnego stopnia - owszem - można, ale w obecnie panujących realiach na całym świecie nie wyobrażam sobie, żebyśmy przewrócili w ciągu jednej dekady to, co zostało budowane przez ponad 100 lat. Należałoby rozpatrywać w szerszym kontekście przyczyny dolegliwości i chorób jak również ewentualne skutki społecznie poprawnych trendów. W moim przekonaniu dyscyplina alternatywna i konwencjonalna dają się ze sobą połączyć. Tylko dajmy im tę szansę, aby mogły żyć ze sobą w harmonii, na długo i szczęśliwie.

W swoim założeniu opieram się o strategii z 2002 r. dotyczącej roli medycyny alternatywnej, w której WHO (Światowa Organizacja Zdrowia) po raz pierwszy formalnie ogłaszała, że należy przywiązywać więcej wagi do roli medycyny alternatywnej, na którą jest wiele dowodów naukowych, w tym empirycznych, że działa. Obserwowano też, że medycyna alternatywna ma częste i skuteczne stosowanie w profilaktyce, samopomocy oraz w zabiegach paliatywnych. Strategia WHO została już dwukrotnie aktualizowana. Obecnie obowiązuje strategia na lata 2014-2023. Za ważne cele podaje się: aby medycyna alternatywna została lepiej rozumiana oraz, aby wiedza na jej temat dalej się rozwijała. Ona jest dobrą profilaktyką i bardzo wartościowym uzupełnieniem. Ważne jest także, aby kraje członkowskie dbali o jakość i standardy w sektorze alternatywnym po to, żeby ludzie bezpiecznie i spokojnym sercem mogli z niej korzystać. Docelowo medycyna alternatywna i konwencjonalna powinny współpracować, co bez wątpienia jest lepszym rozwiązaniem niż obrzucanie siebie na wzajem błotem.

WHO nie jest dla mnie nieomylnym autorytetem. Zgadzam się jednak z ogólna zasadą, że medycyna alternatywna i konwencjonalna powinny współpracować. Na pewno są i jeszcze będą między nimi przepychanki, ale niech będzie to w formie zdrowej rywalizacji, przez którą jakość obydwóch dyscyplin poprawia się na bieżąco. Pomóżmy im w tym zamiast społeczno-medialnie kopać albo jedną, albo drugą.

Nie mam zamiaru w swoim blogu ogłosić jedną i jedyną prawdę. Chcę przede wszystkim stawić znaki zapytania (oczywiście też wobec medycyny konwencjonalnej), naświetlić pewne sprawy i problemy z różnych stron i postawić je w szerszy kontekst. To ma być blog wspomagający w poszukiwaniu umiaru i harmonii, poważny, z nutą lekkości :-).

W następnym poście opowiem jak widzę swojej pracy w powyższym układzie.
W kolejnych postach chciałabym omawiać także (oddzielnie lub w połączeniu) następne tematy:
- Jak mógłby wyglądać powrót do starych czasów?
- Nadmierne użycie antybiotyków,
- Szczepionki, dlaczego tak, dlaczego nie,
- O szczepionkach i antybiotykach,
- Rola diety,
- Styl życia młodzieży,
- Kontakt z naturą,
- Wystawy autorskie.

Dla chętnych, wstęp do dalszego googlowania:
Z WHO: http://www.who.int/mediacentre/news/releases/release38/en/
http://apps.who.int/iris/bitstream/10665/158956/1/A67_26-en.pdf?ua=1